REKLAMA

Bioróżnorodność na talerzu – czyli co tak naprawdę jemy ?

Bioróżnorodność w diecie czyli to ile różnych produktów żywnościowych uwzględniamy w codziennym jadłospisie ma tak naprawdę kluczowe znaczenie dla zdrowia. Ale czy mówi się o tym, czy ktokolwiek się nad tym zastanawia? Bynajmniej

zróżnicowana dieta bioróżnorodność

Kiedy spojrzymy na zawalone żywnością półki sklepowe możemy odnieść wrażenie, że jesteśmy szczęśliwcami. Nigdy w całej swej historii ludzkość nie miała tak łatwego dostępu do tak olbrzymiej różnorodności jedzenia. Nic bardziej mylnego.

W rzeczywistości większość sklepowej żywności, która stanowi podstawę codziennej diety to zaledwie kilka rodzajów jedzenia różniących się sztucznymi aromatami, wzmacniaczami smaku, barwnikami, polepszaczami i opakowaniem. Większość tej „różnorodności” na sklepowych półkach to 8-12 podstawowych fatalnej jakości składników.

Podczas gdy jeszcze przed wojną statystyczny Polak spożywał niemal 100 rodzajów jedzenia, dziś codzienna dieta uwzględnia zaledwie od kilku do kilkunastu. Są to sztandarowe produkty zawierające mąkę, cukier albo syrop glukozowo-fruktozowy, ryż, rafinowane oleje roślinne, ziemniaki, produkty nabiałowe, mięso przeważnie kurczaki, czasem wieprzowina, warzywa i owoce o niemal zerowej wartości biologicznej. Od czasu do czasu na stół trafi ryba albo kasza. Z czego w takim razie organizm ma czerpać materiał budulcowy, gdzie ta bioróżnorodność?

W ciągu ostatnich 60 lat dieta, jak wszystko inne uległa globalizacji. Żywność przemysłowa w krajach cywilizacyjnych upodobniła się. Poznikały lokalne produkty, zboża i rośliny, których uprawa była za mało opłacalna, wprowadzono monokultury i długie łańcuchy dostaw. Zniszczono bezpowrotnie bioróżnorodność upraw i gleby. Na skutek nowoczesnych upraw gleby utraciły nawet 85% zawartości swoich składników mineralnych. Rośliny więc nie mają skąd czerpać minerałów, a przecież same ich nie wytworzą. Wyjałowione gleby nawozi się sztucznym azotem, fosforem i potasem a gdzie pozostałych minimum 60 minerałów i pierwiastki śladowe? Żadna roślina przecież sama ich nie wytworzy, musi je pobrać z ziemi.

Jeszcze w XX wieku w Indiach było 30 tysięcy odmian ryżu o znacznie lepszym przystosowaniu do warunków środowiska, dziś jest zaledwie 10 o niemal zerowej wartości odżywczej. Podobnie mamy ze zbożami w Polsce. Przed wojną było ich wiele rodzajów: gryka, owies, jęczmień, mietlica, proso, ber, orkisz, samopsza, płaskurka. Mąki wzbogacano zmielonymi żołędziami, korą, dzikimi trawami i roślinami typu perz, cykoria podróżnik. Jedzono wiele gatunków warzyw, dziś zapomnianych, dodawano cenne zioła i rośliny dziko rosnące np. lebiodę czy orzech wodny. Żywność naszych przodków pochodziła bezpośrednio z żywej ziemi i czystej wody a nie  z fabryk. Dostarczały ją lasy, pola, ogrody i ogródki, łąki, rzeki, jeziora, stawy.

Bez zbytniej przesady można powiedzieć, że nawet na przednówku kiedy zapasy się kończyły ludzie byli bardziej odżywieni niż dzisiejszy statystyczny mieszkaniec miasta jedzący kilka razy dziennie.  A coraz częściej i wsi, gdzie padły małe gospodarstwa, pozostały olbrzymie monokultury upraw, a przydomowe ogródki zamieniono na wypielęgnowane trawniki.

3/4 żywności na świecie pochodzi z zaledwie 12 roślin uprawnych i 5 gatunków zwierząt i ryb. Duże obszary monokultur są bardzo podatne na choroby i szkodniki. W obawie przed zagrożeniami jakie miało miejsce w połowie XIX wieku w Irlandii, gdzie z powodu zarazy ziemniaków z głodu zmarło milion osób stosuje się coraz silniejsze środki ochrony roślin. Doskonale wiemy, że nie są one obojętne ani dla zdrowia ludzi, zwierząt i owadów ani dla ekosystemu. Naukowcy alarmują ziemia weszła w szóste masowe wymieranie gatunków. Nie tylko masowo giną pszczoły i zwierzęta, co najmniej 1000 gatunków roślin jest zagrożonych.

Po co nam bioróżnorodność?

Dieta oparta na wąskim zestawie żywności to brak budulca dla organizmu. Próchnica zębów, słabe kości, dysbakterioza, brak odporności, choroby metaboliczne, cywilizacyjne, słaby system nerwowy, brak energii, otyłość to skutki niedożywienia. Paradoksalnie ludzie są przejedzeni, nawet otyli a stopniowo dzień po dniu umierają z powodu niedożywienia. Nie tyjemy od naturalnych tłuszczów, ale od dodatków do żywności, pszenicy, cukru i innych przyczyn.   Niedobór składników odżywczych głównie minerałów, pierwiastków śladowych, enzymów, wtórnych substancji roślinnych i całej masy fitoskładników to prawdziwa plaga. Bez nich organizm nie ani przyswoi witamin ani nie strawi podstawowego budulca – białka.
Koncerny farmaceutyczne znalazły i na to radę – apteki coraz bardziej zapełniają się suplementami i probiotykami.  Te ostatnie jak się okazuje czasami mogą szkodzić, z kolei zdecydowanej większości suplementów witaminowych i mineralnych nasze komórki nie są w stanie przyswoić.

 

Zabija nas nowoczesność i wygodnictwo. Wina nie leży wyłącznie po stronie zachłannego przemysłu spożywczego i farmaceutycznego, ale i nas samych. Rzucamy się na każdą nowinkę, promocję, napisy reklamowe na opakowaniach „zdrowa żywność, produkt naturalny”. Nie zastanawiamy się w jaki sposób z taśmy produkcyjnej może zjechać coś naturalnego, rozpoznawalnego przez organizm – nawet odżywka czy suplement.

Jeden z ostatnich raportów ocenia Włochy jako trzeci kraj z najniższym wskaźnikiem otyłości, zaraz po Japonii i Korei. Czy to nie zbieg okoliczności, że wszystkie trzy kraje opierają swą dietę głównie na świeżych, lokalnych produktach, tradycyjnych potrawach ze starych odmian?

Żadna cudowna dieta, które w ostatnich latach powstają jak grzyby po deszczu nie zastąpi zdrowego odżywiania. Wyłącznie bioróżnorodność na talerzu zapewni zbilansowaną dietę.

W jaki sposób dietetyk może ustalić zbilansowaną dietę z produktów dostępnych w polskich sklepach? Warzywa i owoce z dużych upraw są pod względem składników odżywczych niemal bezwartościowe, nowe odmiany  zawierają dużo więcej glukozy niż fruktozy, są najbardziej skażone pestycydami. Wszechobecna współczesna pszenica to hybryda z ponad 20 tysiącami szkodliwych białek, tzw. zdrowa żywność, soki owocowe, oleje roślinne, produkty odtłuszczone, fit, light – to wszystko rujnuje metabolizm. Wg raportów najmniej skażone chemikaliami mimo wszystko pozostaje nieprzetworzone mięso, układ trawienny zwierząt częściowo neutralizuje  toksyny – ale i ono zawiera antybiotyki, hormony podobnie jak mleko, które mlekiem dawno przestało być.

Szczęśliwy ten, kto ma kawałek własnego ogródka. Inaczej, jeśli chcemy zachować zdrowie, nie pozostaje nic innego jak znaleźć lokalnego dostawcę i u niego się zaopatrywać przynajmniej od czasu do czasu. Z pomocą przyjdą na pewno nieocenione dzikie rośliny jadalne i zioła. Warto wzbogacać tym naturalnym suplementem każdą potrawę. Im więcej i różnorodniej, tym zdrowiej. Powrót do przetworów domowych, kiszonek to nie nowa moda – to konieczność.  Naturalne konserwanty to również cenne składniki. Jak najwięcej własnoręcznie zebranych ziół na talerzu zamiast sztucznych przypraw i dzikie rośliny, zapomniane warzywa choćby topinambur.

Przeciętny człowiek tak bardzo odszedł od natury, że początki mogą nie być łatwe. Ale nie ma innej drogi. Być może jak  większość z nas przestanie kupować tę niby-żywność sam rynek wymusi zmiany.

Bogusia della Porta

O tym jak zacząć przygodę z naturą, niełatwe początki 🙂

 

Przeczytaj także...

REKLAMA
loading...

Dodaj komentarz

avatar

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

REKLAMA
%d bloggers like this: